Zostalam w Sajgonie.
Poznalamniesamowitych ludzi, ktorzy zaprpoponowali pokazanie mi Wietnamu z zupelnie innej strony.
Mieszkam w dystrykcie 7, to jest prawie na obrzezach miasta.
Poznaje niesamowicie inne zakatki Cho Chi Min City - China Town, czesc koreanska, dystrykt 4 - kwintesencja Sajgonu. Wieczorami muzyka na zywo i niekonczace sie dyskusje pomiedzy ludzmi z kazdego zakatka swiata...
Nie poizostaje mi nic innego jak dac poniesc sie temu miastu i doswiadczac.
Calusy
A.
piątek, 29 kwietnia 2011
sobota, 23 kwietnia 2011
My Tho - gdzies posrod Delty Mekongu
Swieta juz jutro,
a ja daleko, daleko.
Zebralo mi sie na sentymenty, tesknie za Wami, moja rodzina, przyjaciolmi, znajomymi, za moja Beza i za polska kuchnia. Dzis dalabym sie pokroic za zurek z jajkiem, biala kielbase (choc juz od jakiegos czasu nie jem miesa w ogole), za mamine kanapki, o za grzybka tez dalabym sie pokroic i za omleta tez - Mamus wiesz o czym pisze:-)
To juz moj kolejny dzien w delcie Mekongu. Wczoraj poznalam bardzo sympatycznych ludzi z Belgi i tak sobie na razie podrozujemy razem, bo nam po drodze, bo nam razniej razem.
Mekong w tym rejonie jest niesamowity, wiele dzikich meandrow, za kazdym kryje sie cos unikalnego.
Dzis podziwialam zachod slonca ze srodka Mekongu, potem lodzia plywalismy wsrod malenkich wysp na rzece i ogladalismy swietliki...
To jest niesamowite, ze wystarczy oddalic sie kilkanascie km od granicy i odkrywa sie zupelnie nowy siwat, nowa mentalnosc, zupelnie inna od tej kambodzanskiej. Jedzenie w Wietnamie jest wyborne, najlepsze jakie jadlam. Jak na razie nie jest jeszcze tak bardzo goraco.
Wietnamczycy to dziwny narod. Z jednej strony bardzo przyjazni i pomocni, z drugiej strony, zrobia wszystko, aby wydoic z turysty tyle ile sie da. W restauracjach sa menu dla turystow z cenami czasem 3 krotnie wyzszymi niz dla lokalesow...
Jednak caly czas probuje nowych smakow - owocow, dan ze straganow, warzyw i innych ciekawostek kulinarnych i nie tylko.
Wczoraj zaznalam stawiania wietnamskich baniek na plecach i masazu, ktory jest zupelnie inny niz ten, ktory oferowany jest w Tajlandii czy w Kambodzy. Czad, zwlaszcza jak banki stawia straszawy facet, na chodniku, na macie z bambusa, ktora juz wiele przeszla:-))))
Wietnam uwodzi pieknem krajobrazow, natura, niestety wietnamczycy nie wiedza jak o nia dbac...
W tym wpisie zamiesczam najcudowniejsze zdjecie, z okolic Chiang Mai, kiedy wreszcie zrealizowalam swoje marzenie i tulilam tygrysy. Zdjecie zrobione przez Taja pracujacego w rezerwacie, a obok mnie - BB - cudowna kobieta, ktora sprawila, ze z lekkoscia weszlam w samotna podroz po Azji. Dziekuje Beatko z calego serca.
Na koniec chcialabym Wam wszystki zlozyc zyczenia swiateczne, pachnace kokosem, mango i ananasem, zmieszane z chilli i kolendra.
Zycze Wam spokoju, ktorego tak bardzo mocno ucze sie od tubylcow, zwolnienia tempa zycia, czasem zatrzymania sie kiedy jest taka potrzeba. Zycze Wam rowniez odwagi, aby ruszac wlasna droga, ta droga, ktora dyktuje serce a nie zawsze rozum...
Ja podjelam wezwanie, podjelam rowniez wyzwanie i znalazlam odwage, aby odkrywac siebie, nie tylko na nowo, ale w zakamarkach mojej duszy, o ktorych dawno zapomnialam.
Tego wszystkiego zycze Wam z calego serca.
Alleluja
A.
czwartek, 21 kwietnia 2011
Good Morning Vietnam!!!!
I o to jestem, ư Wietnami, od kilkunastu godzin.
Z kambodzanskiego ưybrzeza przenioslam sie do Kompot, aby ostatnia noc spedzic ze znajomymi Shona i Asherem.
Z samego râna mialam autobus do Wietnamu.
Do granicy jeszcze jakos bylo, chociaz z droga bywalo rozniez. Prawdziwa jazda zaczela sie po przekroczeniu ganicy. W Kambodzy nie ma panstwowych autobusow, sa tylko prywatne firmy, ktore woza ludzi. Dlatego, nigdy nie wiesz na co trafisz i jaki to bedzie mialo standart (oczywiscie na wszystkich reklamach sa piekne, wielkie autobusy, informacja o klimatyzacji itp). Po przekroczeniu granicy musielismy zmienic nasz klimatyzowany minibus, na lokalny srodek transportu, wraz z lokalesami oczywiscie. I tak w autobusie, ktory mial ok 10 miejsc siedzacych, w pewnym momencie bylo ok 30:-) Wszyscy siedzieli sobie na kolanach, lub stali wystajac poza drzwi autobusu. A towary jakie ludzie przewozili byly przenajrozniejsze - worki z ziarnem, owoce, kury, nawet wielkie kawaly drewna. Cyrk na kolkach, mowie Wam.
Wiekszosc bagazy byla na dachu, bo w srodku by si nie zmiescila. I ocywiscie zlpal nas monsunowy deszcz, ktory w 3 sekundy przemienil droge w calkiem wartka rzeke. Natychmiast rozpoczela sie akcja chowania bagazy do srodka i zamyania wszystkich okien i drzwi. Mozecie sobie wyobrazi - 30 osob, roznej plci, wieku, i stanu higieny, zamkniety w malutkim busie wraz z mokrymi bagazami - i tak przez nastepne 2-3 godziny. Hardcore jakich malo:-)
Czesc ludzi wysiadala po drodze, czasem na ich miejsce ktos sie dosioadal. Wszyscy turysci jacy ze mna jechali, zmierzali do Ho Chi Mihn, czyli do Sajgonu. Ja jedna wysiadalm w Chau Doc. Patrzyli sie na mnie z politowazniem - co sama biala turystka bedzie robic na takim zadupiu?
Autobus z reszta odjechal a ja stalam sama jak palec z mokrym i mega ciezkim plecakiem. Poroz trwala ok 8 godzin ( a mialo byc 5), wiec bylam glodna jak wilk. Do tego bankomat w Kambodz odmowil posluszenstwa, wiec stalam tam sobe tylko z 20 dolarami w kieszeniu.
Jednak nie musialam dlugo czekac. Podszedl do mnie Wietnamczyk, niezle mowiacy po angelsku. Zaproponowal podwozke do centrum i znalezienie dla mnie noclegu. Przyznam, ze jazda po wietnamskim miescie na motorze - wyzwalajaca adrenaline. Dostalam swoj kask - ewenement:-) tak wiec z wielkim plcakiem, na motorze, dotarlam do centrum Chau Doc.
Jutro wyplywam lodka w Delte Mekongu. 3 dni podroz, az do samego Sajgonu.
Pierwsze wrazenie z Wietnamu? Piekny kraj, piekna roslinnosc, kolory, piekne gory i lasy. Dobrze sie zapowiada.
Sciskam mocno
Z kambodzanskiego ưybrzeza przenioslam sie do Kompot, aby ostatnia noc spedzic ze znajomymi Shona i Asherem.
Z samego râna mialam autobus do Wietnamu.
Do granicy jeszcze jakos bylo, chociaz z droga bywalo rozniez. Prawdziwa jazda zaczela sie po przekroczeniu ganicy. W Kambodzy nie ma panstwowych autobusow, sa tylko prywatne firmy, ktore woza ludzi. Dlatego, nigdy nie wiesz na co trafisz i jaki to bedzie mialo standart (oczywiscie na wszystkich reklamach sa piekne, wielkie autobusy, informacja o klimatyzacji itp). Po przekroczeniu granicy musielismy zmienic nasz klimatyzowany minibus, na lokalny srodek transportu, wraz z lokalesami oczywiscie. I tak w autobusie, ktory mial ok 10 miejsc siedzacych, w pewnym momencie bylo ok 30:-) Wszyscy siedzieli sobie na kolanach, lub stali wystajac poza drzwi autobusu. A towary jakie ludzie przewozili byly przenajrozniejsze - worki z ziarnem, owoce, kury, nawet wielkie kawaly drewna. Cyrk na kolkach, mowie Wam.
Wiekszosc bagazy byla na dachu, bo w srodku by si nie zmiescila. I ocywiscie zlpal nas monsunowy deszcz, ktory w 3 sekundy przemienil droge w calkiem wartka rzeke. Natychmiast rozpoczela sie akcja chowania bagazy do srodka i zamyania wszystkich okien i drzwi. Mozecie sobie wyobrazi - 30 osob, roznej plci, wieku, i stanu higieny, zamkniety w malutkim busie wraz z mokrymi bagazami - i tak przez nastepne 2-3 godziny. Hardcore jakich malo:-)
Czesc ludzi wysiadala po drodze, czasem na ich miejsce ktos sie dosioadal. Wszyscy turysci jacy ze mna jechali, zmierzali do Ho Chi Mihn, czyli do Sajgonu. Ja jedna wysiadalm w Chau Doc. Patrzyli sie na mnie z politowazniem - co sama biala turystka bedzie robic na takim zadupiu?
Autobus z reszta odjechal a ja stalam sama jak palec z mokrym i mega ciezkim plecakiem. Poroz trwala ok 8 godzin ( a mialo byc 5), wiec bylam glodna jak wilk. Do tego bankomat w Kambodz odmowil posluszenstwa, wiec stalam tam sobe tylko z 20 dolarami w kieszeniu.
Jednak nie musialam dlugo czekac. Podszedl do mnie Wietnamczyk, niezle mowiacy po angelsku. Zaproponowal podwozke do centrum i znalezienie dla mnie noclegu. Przyznam, ze jazda po wietnamskim miescie na motorze - wyzwalajaca adrenaline. Dostalam swoj kask - ewenement:-) tak wiec z wielkim plcakiem, na motorze, dotarlam do centrum Chau Doc.
Jutro wyplywam lodka w Delte Mekongu. 3 dni podroz, az do samego Sajgonu.
Pierwsze wrazenie z Wietnamu? Piekny kraj, piekna roslinnosc, kolory, piekne gory i lasy. Dobrze sie zapowiada.
Sciskam mocno
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Sihanoukville - coraz ciekawsze doswiadczenia z Kambodzy

Kochani,
troche zaiedzialam sie na kambodzanskim wybrzezu. To wszystko dlatego, ze jest tu niesamowicie cudownie. Mozna znalezc kompletnie puste plaze, z cudownie blekitna woda, palmami i innymi cudownymi widokami. Wprawdzie zostalam poparzona przez meduzy, ale i tak nie groznie, po prostu szczypalo przez kilka godzin...
Kilka dni spedzilam z Shona i Asherem - cudowni ludzie, on hindus pelna geba, ona pol hinduska pol szkotka. Do tego cudowny klimat. W dormitorium spie obok Karola, Polaka z Krakowa, ktory od kilkunastu lat mieszka w Stanach. Jest w podrozy do okola swiata, juz 8 miesiecy w trasie. mozna tu spotkac wielu ludzi, ktorzy podrozuja przez wiele miesiecy. Ja z tymi swoimi kilkoma miesiacami, to jestem tu pikus:-)
Dzis Full moon Party, idziemy z Karolem na impreze na plazy. Fajnie jest poznawac ludzi, w kazdym miejscu gdzie sie jest. Do tej pory tylko raz jadlam obiad w samotnosci, zawsze jest ktos, z kim mozna porozmawiac, wymienic sie doswiadczeniami. i zawsze jest z kim pojsc do baru, bo samotnie, to ja niekoniecznie. Tu jest inna mentalnosc ludzi, mam na mysli pewna wspolna ceche wszystkich backpakersow. kazdy sobie pomaga, wielu jest bardzo zyczliwych, nie ma przemocy, czy strachu, ze ktos moze cie skrzywdzic. Oczywiscie trzeba miec sie na bacznosci i nie tracic glowy, reszta jest ok.
Niesamowite uczucie - nigdy nie czulam sie tak wolna jak tutaj. I ta wolnisc nie dotyczy jedynie wolnosci w przemieszczaniu sie, czy wolnym czasie. To jest wolnosc od wszystkiego i do wszystkiego. Wolnosc od potrzeby bycia ok, ciaglego pilnowania sie jak wygladam, co nosze, co chce a czego nie che. To jest rowniez wolnosc do akceptacji siebie i innych. Do rozszerzania swoich horyzontow coraz bardziej, to poszerzania mojej mapy rzeczywistosci o nowe, zupelnie dla mnie nieznane obszary. To cudowne, ze wiem, ze codzinne naucze sie czegos nowgo, doswiadcze nowych, nieznanych rzeczy, poznam wielu cudownych ludzi.
Fajnie mi tu:-)
Pozdrawiam wszystkich
A.
czwartek, 14 kwietnia 2011
Sihanoukville- Happy New Year!!!
Po niezbyt udanym pobycie w Phnom Phen, dotarlam na wybrzeze. Od wczoraj w Kambodzy trwa swietowanie Nowego Roku. Ceny kwater strasznie podskoczyly. To troche jak szukanie pokoju w Zakopanym w sylwestra ok 16.00. Ceny zaczynaly sie od 15$ za nore. Tak wiec wyladowalam w dormitorium - 24 lozka, wiele narodowosci, straszny bajzel, ale kosztuje 3$ za noc. Po nocy spedzonej na super imprezie zrozumialam, czemu tak tanio - obok jest bar, ktory tetni zyciem do 7 nad ranem:-) Ale od czego sa zatyczki do uszu - dzieki Mala:-)
w Siem Reap poznalam urocza pare z Indii, mieszkajaca na stale w Anglii. Skontaktowalismy sie przez Facebooka. Szukalam ich niemalze 3 godziny, pytalam w wielu hotelach i tak poznalam jednego wieczoru 3 panie, ktore nazywaly sie Shona i byly z Anglii, dopiero na koncu znalazalam te wlasciwa:-) Czekajac na nich, poznalam super ludzi z Filipin i kolejnego swira z Angli - wszyscy mega pozytywnie zakreceni. Razem spedzilismy cala noc na celebrowaniu Nowego Roku. swietowanie polega na polewaniu sie woda, z takich pistoletow plastikowych - troche jak smigus dyngus u nas. Smaruja sie tez bialym pudrem dla dzieci w proszku. Wszyscy sa kompletnie przemoczeni i umorusani bialym proszkiem. Do tego impreza na 100 fajerek - no i wlasnie duzo fajerwerkow - puszczanych z plazy. Niesamowite. I tak przez kolejne 2 dni - w sumie bawia sie 3 dni, a nie tak jak my, tylko jedna noc:-))) Chcialam dotrzymac do wschodu slonca, ale padlam... jednak oslabienie organizmu dalo mi sie we znaki odrobine.
Jednak czuje sie juz super. Zatem zaraz hops do morza a potem na skuter:-)
calusy noworoczne
A.
w Siem Reap poznalam urocza pare z Indii, mieszkajaca na stale w Anglii. Skontaktowalismy sie przez Facebooka. Szukalam ich niemalze 3 godziny, pytalam w wielu hotelach i tak poznalam jednego wieczoru 3 panie, ktore nazywaly sie Shona i byly z Anglii, dopiero na koncu znalazalam te wlasciwa:-) Czekajac na nich, poznalam super ludzi z Filipin i kolejnego swira z Angli - wszyscy mega pozytywnie zakreceni. Razem spedzilismy cala noc na celebrowaniu Nowego Roku. swietowanie polega na polewaniu sie woda, z takich pistoletow plastikowych - troche jak smigus dyngus u nas. Smaruja sie tez bialym pudrem dla dzieci w proszku. Wszyscy sa kompletnie przemoczeni i umorusani bialym proszkiem. Do tego impreza na 100 fajerek - no i wlasnie duzo fajerwerkow - puszczanych z plazy. Niesamowite. I tak przez kolejne 2 dni - w sumie bawia sie 3 dni, a nie tak jak my, tylko jedna noc:-))) Chcialam dotrzymac do wschodu slonca, ale padlam... jednak oslabienie organizmu dalo mi sie we znaki odrobine.
Jednak czuje sie juz super. Zatem zaraz hops do morza a potem na skuter:-)
calusy noworoczne
A.
środa, 13 kwietnia 2011
Phnom Phen w przed dzien Nowego Roku
Zaliczylam dzis wizyte u lekarza... 50$ na wstepie za konsultacje. Okazalo sie, ze jednak mam powazne zapalenie oskrzeli i ucha... fuck, tylko tego mi brakowalo. wypisal lekarstwa i zainkasowal kase. Do tego spie w takiej norze, ze az trudno to sobie wyobrazic...
Ogolnie kambodzancycy traktuja turystow jak chodzace ATMy (bankomaty). Wszystko jest dwa razy drozsze niz w Tajlandii - oczywiscie ceny dla turystow.
jako, ze ja nie mam w naturze lezec w lozku i zdychac ( zwlaszcza w takiej norze w jakiej mieszkam), postanowilam dzis zaliczyc najwazniejsze punkty stolicy.
Zaczelam od Muzeum S-21 - czyli szkoly, ktora zostala zamieniona w centrum, kazni kambodzanczykow, zalozone przez Pol Pota.
Wyglada to jak 1/10 naszego Oswiecimia. Oczywiscie kazda tragedia zmusza do refleksji i zastanoiwienia.
Jednak po tym co zobaczylam, zbojkotowalam palac krolewski. Ni poszlam go zwiedzac. Z zewnatrz palac wyrabany w kosmos, ociekajacy zlotem, srebrem, pieknymi budowlami. Jesli zatem krol mieszka w takim palacu a w wiekszosci kraju jest taka bieda, zadzi korupcja i mafia, to nie siwadczy to dobrze o wladcy,. Dlatego nie poszlam, n ie zaplacilam kolejnych dolarow za wstep do miejsca zamieszkania glowy panstwa, ktora wedlug mnie kompletnie nie radzi sobie z sytuacja zwyklych ludzi. za to poszlam do muzeum narodowego. Szuklama dr Abdudzia - studiowal w Polsce i bardzo chetnie przyjmowal u siebie turystow z Polskie. Do niedawna byl dyrektorem Muzeum Narodowego, ale zostal przeniesiony na znasznie wyzsze stanowisko. Szkoda.
Potem zachod slonca na rzeka.
Acha i w miedzy czasie jeszcze Russian Market. Z Rosja nie ma nic wspolnego. Mieszaja sie stoiska z warzywami, miesem i ubraniami. Dla tych bardziej odpornych na mieszanke dosc czasem odpychajacych zapacho, polecam jadlodajnie na srodku. Ja odwazylam sie i jadlam najlepsza zupe, jaka do tej pory moglam skosztowac w Azji. Nie znam nazwy, bo nikt nawet slowa po angielsku. W sklad wchodzil makaron, jakas zolta zupa, pokrojone kwiaty bananowca, mega duzo swiezych ziol, w tym przewazajaca byla mieta, mleko kokosowe, trawa cytrynowa i przepiekne fioletowe kwiaty, ktorych nazwy nie znam. Niebo w gebie.
Na koniec opisze jeszcze sytuacje korupcyjna, jaka tworzy zbilzajacy sie nowy rok.
Poniewaz stolica sie wyludnia na sylwestra, postanowilam od razu jechac na wybrzeze. Jednak zdobycie biletu tam przed godzina 8 wieczorem, bylo niemalze niemozliwe. Zatem po kilku godzinach poszukiwan i nieuniknionej lapowce udalo mi sie zdobyc bilet na 11.30 co oznacza, ze w centrum Sihanoukville bede kolo 16. Jazda bedzie z pokojem, bo ponoc wszystko zabukowane, a top co wolne w granicach 30$ za no ( dla porownania teraz place 6$ co i tak jest sporo jak na te warunki). Co najwyzej bede jutro spac na plazy. A co. Poznalam super pare - malzenstwo hinduskiego pochodzenia z Angli. Mailami juz sie umowilismy na jutro, wiec jakby co, to zostawie im plecak w pokoju a sama bede witac dzien na plazy. Tez bedzie cudownie.
Ciesze sie, ze opuszczam to miasto, mam nadzieje, ze na wybrzezu czeka mnie lepsze:-)
Buziaki dla Was
Agata
wtorek, 12 kwietnia 2011
Kambodza po glebszym rozeznaniu
Witajcie,
pisze z Phnom Phen, czyli stolicy Kambodzy.
Dzis rano pozegnalam sie z moimi przyjaciolmi z podrozy i rozpoczelam samotna szwedaczke. Poczatek niezly - 8 godzin w loklanym autobusie, gdzie bylam jedynym bialym czlowiekiem a nikt po angielsku ani w zab. Za to na migi da sie dogadac.
Pare dni spedzonych w Kambodzy bardzo mnie poruszyly. Nie bede tym razem opisywac piekna Angkoru, czy pagod - to mozna znalexcw internecie.
Chialabym podzielic sie z wami moimi spostrzezeniami dotyczacymi mentalnosciu tego kraju.
Kambodza jest ogarnieta korupcja, mafijnymi konszachtami i wyludzaniem na kazdym kroku.Jest to jednak glownie aktywnbosc rzadu, policji i wojska, chociaz rowniez mafijnych loklanych sieci.
Zwykli Khmerowiesa bardzo otwarci, usmiechnieci i zyczliwi.
W Siem Reap jesttaka ulica doscyc turustyczna - Bar street - same bary, knajpy i dyskoteki. Jednak wszystko urzadone ze smakiem i lokalnym klimatem. Mozna zjesc posilek ze straganu lub w znacznie bardzi proeuropejskiej knajpce. Wszedzie kufel piwa za 0,5$ :-)Wprawdzie slabe piwo, ale zawsze mocno zmrozone i dobrze gaszace pragnienie.
Kiedy siedzielismy w jedenj z takich knajpek, tuz przy samym deptaku, nagle zauwazylam, ze cos sie zaczyna dziac. Niewiadomo skad pojawila sie gruba lina.Nagle ktos zlapal jeden koniec a ktos inny drugi. Za chwilke czesc ulicy zamienila sie w pole popisow skaknia na mega skakance - kilka osob na raz, pomieszani, kambodzanczycy i turysci. Zapawa na calego. Ktos sie zmeczyl, ktos odpadl - zarazkolejna kokurencja - przeciaganie liny. I znow sniady kolor skory przetykany jasniejszym (czasem w kolorzeraka, jesli ktos zapomnial, ze tu slonce daje na maksa).
Potem wspolne tanczenie i smianie sie. Nigdzie na swiecie dotej pory nie doswiadczylam takiego porozumienia ponad wszystkim.
To byl mily wieczor.
Niestety przeszlam okropna infekcje - cale sczescie za antybiotyk wziety jeszcze z Polski - postawil na nogi raz dwa. A to wszystko przez ichnijsza klime. Np dzis w autobusie jechalam majac na sobie 3 bluzki i gruba bluze i opatulona szalem, taka klima. Natomiast lokalesie na luzaka w krotkich rekawkach. Niezli sa. Zdarza sie rowniez widok kogos w swetrzez futrem przy temperaturze30 stopni.
Co do samej Kambodzy - miejsca turystyczne maja pokazac, ze kraj wyszedl na prosta. Wystarczy jednak wyjechac troszke dalej, nawet nie dojezdzajac do obrzezy miasta i bummmm. Wielka, wielka biedy. Ludzie zyja w takich warunkach, ze az nie mozna uwierzyc,ze tak sie da. Bez wody, elektrycznosci, w brudzie i goracu...
Co do ciekwostek - probowalam miesa weza, krokodyla i zaby -zdecydowanie wole kurczaka. To tak dla tych wszystkich, ktorzy mysleliby, ze to jakies niebo w gebie.
Za kilka dni juz bedena wybrzezy Kambodzy, mam nadzieje, ze dojade tam akurat na ichniejszego sylwestra.
Pozdrawiam wszystkich mocno i do nastepnego!
pisze z Phnom Phen, czyli stolicy Kambodzy.
Dzis rano pozegnalam sie z moimi przyjaciolmi z podrozy i rozpoczelam samotna szwedaczke. Poczatek niezly - 8 godzin w loklanym autobusie, gdzie bylam jedynym bialym czlowiekiem a nikt po angielsku ani w zab. Za to na migi da sie dogadac.
Pare dni spedzonych w Kambodzy bardzo mnie poruszyly. Nie bede tym razem opisywac piekna Angkoru, czy pagod - to mozna znalexcw internecie.
Chialabym podzielic sie z wami moimi spostrzezeniami dotyczacymi mentalnosciu tego kraju.
Kambodza jest ogarnieta korupcja, mafijnymi konszachtami i wyludzaniem na kazdym kroku.Jest to jednak glownie aktywnbosc rzadu, policji i wojska, chociaz rowniez mafijnych loklanych sieci.
Zwykli Khmerowiesa bardzo otwarci, usmiechnieci i zyczliwi.
W Siem Reap jesttaka ulica doscyc turustyczna - Bar street - same bary, knajpy i dyskoteki. Jednak wszystko urzadone ze smakiem i lokalnym klimatem. Mozna zjesc posilek ze straganu lub w znacznie bardzi proeuropejskiej knajpce. Wszedzie kufel piwa za 0,5$ :-)Wprawdzie slabe piwo, ale zawsze mocno zmrozone i dobrze gaszace pragnienie.
Kiedy siedzielismy w jedenj z takich knajpek, tuz przy samym deptaku, nagle zauwazylam, ze cos sie zaczyna dziac. Niewiadomo skad pojawila sie gruba lina.Nagle ktos zlapal jeden koniec a ktos inny drugi. Za chwilke czesc ulicy zamienila sie w pole popisow skaknia na mega skakance - kilka osob na raz, pomieszani, kambodzanczycy i turysci. Zapawa na calego. Ktos sie zmeczyl, ktos odpadl - zarazkolejna kokurencja - przeciaganie liny. I znow sniady kolor skory przetykany jasniejszym (czasem w kolorzeraka, jesli ktos zapomnial, ze tu slonce daje na maksa).
Potem wspolne tanczenie i smianie sie. Nigdzie na swiecie dotej pory nie doswiadczylam takiego porozumienia ponad wszystkim.
To byl mily wieczor.
Niestety przeszlam okropna infekcje - cale sczescie za antybiotyk wziety jeszcze z Polski - postawil na nogi raz dwa. A to wszystko przez ichnijsza klime. Np dzis w autobusie jechalam majac na sobie 3 bluzki i gruba bluze i opatulona szalem, taka klima. Natomiast lokalesie na luzaka w krotkich rekawkach. Niezli sa. Zdarza sie rowniez widok kogos w swetrzez futrem przy temperaturze30 stopni.
Co do samej Kambodzy - miejsca turystyczne maja pokazac, ze kraj wyszedl na prosta. Wystarczy jednak wyjechac troszke dalej, nawet nie dojezdzajac do obrzezy miasta i bummmm. Wielka, wielka biedy. Ludzie zyja w takich warunkach, ze az nie mozna uwierzyc,ze tak sie da. Bez wody, elektrycznosci, w brudzie i goracu...
Co do ciekwostek - probowalam miesa weza, krokodyla i zaby -zdecydowanie wole kurczaka. To tak dla tych wszystkich, ktorzy mysleliby, ze to jakies niebo w gebie.
Za kilka dni juz bedena wybrzezy Kambodzy, mam nadzieje, ze dojade tam akurat na ichniejszego sylwestra.
Pozdrawiam wszystkich mocno i do nastepnego!
piątek, 8 kwietnia 2011
Po innej stronie swiata
Dzis dojechalam do Kambodzy. Z zalem opuszczalam wyspe. Cchialam objechac wyspe, ale kiedy wypozyczylismy skuter, okazalo sie, ze wyspa w 90% jest niedostepna i ta plaza przy ktorej mieszklalismy byla najpiekniejsza. Nauczylam sie za to prowadzic skuter, zatem ma zamiar jeszcze pewnie w Kambodzy a w Wietnamie juz na pewno wypozyczyc i jezdzic po okolicach na wlasna reke:))) Udalo sie kupic w Bangkoku bardzo tani bilet do siem Reap. Za 300 bht, czyli ok 28 zl za ok 700 km. Na poczatku wydawalo sie to niezlym dealem. Moi znajomi mieli juz wizy, wyrobili je wczesniej. Ja nie mialam, co oznaczalo niezlka przeprawe na granicy. Busik, ktorym jechalismy z Bangkoku zatrzymal sie jakis 1 km przed granica. Obiecali nam, ze pomoga przeprowadzic wszystkie formalnosci za... 45 $ od ososby. Ja przygotowana juz wczesniej odmowilkam takiej przyslugi. Powiedzialam, ze na wize mam tylko 20$ i ani grosza wiecej Wtedy facet z korporacji zaczal mi grozic, ze bede czekac na wize wiele godzin a on to moze zalatwic w 10 min. Ponadto zagrozil, ze nie bedzie na mnie czekac i bede musiala na wlasna reke i za dodatkowa oplata dostac sie SIEM Reap. Ja no to z usmniechem nr 5 odpowiedzialam, ze ok, mam czas:-) z grozna mina wskazal mi kierunek ,gdzie jest przejscie graniczne i burczac cos pod nosem odwroicil sie i odszedl. Do granicy w skwarze szlam prawie kilometr. Co rusz mijalam zasieki, zoilnierzy uzbrojkonych po zeby i naganiaczy, ciagle ktos chcial mnie na visa express. Ja widzac, ze za wize placi sie 20$ pewna siebie szlam dalej< przynajmniej staralam sie przybrac taka poze> tak naprsawde nie wiedzialam< czy zajmie mi to piec minut czy wiecznosc
okazalo sie< ze w okienku imigracyjnym wize wyrobilam w jednak w piec minut i po chwili bylam juz w kambodzy
po tej stronie granicy to jest zupelnie inny kraj< strasnie biuedny< wszedzie slumsy
jutro akgor caly dzien< bedzie pieknie
niestety zadnych zdjec< bo pisze z hotelowego komputera< ktory ma bardzo slabe lacze
caluje mono i przesylam energie indochinska wszystkim Wam
calusy
A
okazalo sie< ze w okienku imigracyjnym wize wyrobilam w jednak w piec minut i po chwili bylam juz w kambodzy
po tej stronie granicy to jest zupelnie inny kraj< strasnie biuedny< wszedzie slumsy
jutro akgor caly dzien< bedzie pieknie
niestety zadnych zdjec< bo pisze z hotelowego komputera< ktory ma bardzo slabe lacze
caluje mono i przesylam energie indochinska wszystkim Wam
calusy
A
wtorek, 5 kwietnia 2011
Chiang Mai i Pai...bosko
Kochani,
troszke sie nie odzywalam, ale to dlatego, ze bardzo duzo jezdzilam i czasem na sen zostawalo niewiele czasu.
Tak jak pisalam, wynajelismy samochod i objechalismy sobie chiang Mai. Na pierwszy rzut poszedl rezerwat sloni a potem Tiger Kiongdom. To niebywale, ze mozna tak po prostu przytulic tygrysa czy slonia. Niebywale rowniez jak rozszerzaja sie horyzonty i mapy rzeczywistosci.
Michal - pamietasz jak pokazywales mi swoje zdjecia z tygryusami a dla mnie bylo to cos mega niedostepnego?Przedwczoraj trzymalam glowe na brzuchu kilkiteniego, wielkiego, ogromnego tygrysa i czulam jego bicie serca. Cos niesamowitego i cudownego.
potem pojechalismy do Pai - malekie hippisowskie miasteczko w gorzystej dolinie, ok 150 km od Chiang Mai. Poniewaz wszyscy chcieli jak najtansza opcjhe, to dostalismy mega starego jeepa - suzuki, chyba 100 letni. Wnetrze jak z malucha, oczywiscie bez klimy. Do Pai wiedzie droga przez gory - ok 760 zakretow, z jednej strony sciana gory, z drugiej wawozy porosniete dzungla. Nie musze pisac, ze piszczalam jak na roller kosterze. Mimo to, naszemu kierowcy Bartkowi nalezy sie zloty medal, nie tylko za opanowanie lewostronnego ruchu, ale rowniez za umiejetnosci godne mlodego Kubicy. Adrenalina niesamowita.
W Pai znalezlismy cudowny bambusowy gest house, wsrod drzew. Wieczorem poplynelismy. Koncert na zywo tajskiego zespolu regge, klimat, niesamowici ludzie... eh, dzialo sie. Skonczylismy o 7 rano.... bosko!
Nocnym busem znow do Bangkoku i potem kolejnym oraz promem i tak jestem na Ko Samet. Cudowna wyspa, cieplusienkie morze, swieze seefood i niesamowity kliemat. Dzis siedzialam w morzu juz chyba 2 godziny, unoszac sie na wodzie i podziwiajac widoki. Ceny znacznie wyzsze niz nba ladzie, ale i tak znosnie. W koncu to jedyny moment, kiedy bede na tajskiej wyspie, potem juz tylko plaze Kambodzy....
Tajlandia jest cudowna, niesamowita. Najcudowniejszy jest spokoj. Kompletna blogosc. Nawet jesli czeka sie na autobus ponad godzine, albo prom sie spoznia kolejne 45 minut, jest ok. Ludzie cigle sie usmiechaja, zawsze pomoga, nawet jak nie wiedza:-) na to trzeba uwazac, bo Taj nigdy sie nie przyzna, ze nie wie, ale nawet jak nie wie, to i tajk Ci doradzi.
Zostaje tu na nasteopne dwa dni, jutro bierzemy skutery i zjezdzimy cala wyspe. A potem to juz Kambodza!
Sciskam Was wszystkich mocno i do nastepnego:-))))
sobota, 2 kwietnia 2011
Witaj Azjo!
Kochani,
no i dokonalo sie, zalozylam bloga. Postaram sie updatowac na tyle na ile czesto sie da.
Dzis jestem w Chiang Mai, cudowne miasto na polnocy Tajlandii.
Wczoraj przyjechalam nocnym autobusem.
Pierwsze dwa dni w Bangkoku byly oszalamiajace. Spalam w backpackerskiej dzielnicy, niedaleko khoasan road. Dzielnica tetniaca zyciem.
Od samego momentu opuszczenia autobusu, ktory wiozl mnie z lotniska, oszolomil mnie klimat tego miejsca. Wszedzie uliczne stragany sprzedajace lokalne przysmaki. Zawrot glowy murowany, kiedy smaki, zapachy, kolory i dwieki otoczyly mnie w 1 sekunde.
Nie moglam sie doczekac, az zaczne probowac, smakowac, wachac, dotykac, eksplorowac i doswiadczac.
Od razu po wyjscu z autobusu poznalam super parke z warszawy. Postanowilismy przez pare dni pokrecic sie razem - i przyjemniej, fajniej i niewatpliwie taniej:-)
I tak przezylismy mega cudowny wieczor, opychajac sie pad thaiami, krewetkami, zupami na mleku kokosowym i trawie cytrynowej.
Sprobowalam duriana - najbardziej smierdzacy owoc na swiecie - rzeczywiscie obrzydliwy - smierdzi starymi skarpetami i zgnilym serem w olaczeniu z mokra lapa psa-)
Lokalne, zmrozone piwo jest wytchnieniem w zmeczeniu.
Drinki sprzedawane na kubelki.
Cieplo, hamaki, szezlagi i inne sprzety dajace wytchnienie rozlozone wzdluz ulic.
Przysiedlismy w mega super miejscu - bambusowe szezlagi, lampiony, muzyka, dobre piwo i super jedzenie. Moglabym tam siedziec cala wiecznosc.
Teraz Chiang Mai. Mieszkamy w uroczym guest housie, w starej dzielnicy, gdzie rowniez z reguly zatrzymuja sie backpakersi.
Pokoj malutki, ale czysty. Za to ogromna weranda ze slomianymi matami, lezankami, kolorowymi kwiatami i ludxmi z calego swiata, Poznalismy Anglikow, holendra, Belga i wielu, wielu innych.
Wczoraj odwiedzilismy Night Bazzar, na obrzezach miasta. Spodziewalam sie recznie robionych wyrobow, sztuki. Za tto byly podrobki wszystkiego co mozna sobie wyobrazic. zegarki, perfumy, ubrania, wszystko.
Po kilkunastu kilometrach chodzenia przez caly dzien, zapodalam sobie tajski masaz stop... cos niebywalego. Odplynelam w 3 sekundy pod wplywem doznan przyjemnosci pomieszanych z dosc mocnym bolem (masaz tajski jest bardzo bolesny:-)), w oparach niesamowicie pachnacych oeljkow, zielonej herbaty i zmeczenia. bylo warto - dzis moje stopy sa jak nowe:-)
Jutro wypozyczamy samochod i jedziemy do Pai, na polnocy zachod od Chiang Mai. Zrobimy objazdowke po okolicach przez 2 dni.
kazdy taj, ktory dowiaduje sie, ze chcemy jechac sami, wybalusza oczy. Oni jednak nie wiedza, ze poruszanie sie po polskich drogach to tez wyczyn.
Dzis mega goraco, dlatego czekajac na wieczor, kiedy bedzei mozna ruszyc w miasto i eksplorowac dalej, postanowilam podzielic sie z Wami moimi pspostrzezeniami.
Nie musze Wam pisac, ze oczywiscie plecak ma conajmniej mocno za ciezki... ale coz, tak chyba jest zawsze przy pierwszej taego typu podrozy:-)
Przede mna jeszcze wiele tygodni cudownych przygod, przezyc i doswiadczen.
Mocno Was wszystkich pozdrawiam i przesylam tajska energie!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)